Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, mówią doświadczeni optymiści i radzą, żeby z katastrof wyciągać wnioski i przekuwać je na zwycięstwo. Dlatego oświadczam oficjalnie, że to ja jestem autorem genialnego sposobu na uratowanie publicznej telewizji, o którym zaraz poniżej. Fakty są takie: abonamentu starcza na pączki dla zarządu TVP i dwa mopy dla sprzątaczek. Telewizja musi więc ciąć misję, co jest prawie niemożliwe, bo z misji w telewizji nawet obraz kontrolny nie pozostał, że o hymnie nie wspomnę. Musi też zarabiać. Jak wiadomo, zarabia się na reklamach emitowanych wtedy, kiedy ludzie telewizję oglądają.
Ale jak tu produkować to, co ludzie oglądają, kiedy nie ma pieniędzy na produkcję i trzeba ciąć koszty? Kółko się zamyka i jak nie wyjdziemy z tej pętli, to pozostaną nam powtórki „Janosika” i „Daleko od szosy” z Bolkiem i Lolkiem przez całą dobę.
Dlatego raz jeszcze oświadczam oficjalnie, że to ja jestem autorem genialnego sposobu na uratowanie publicznej telewizji, o którym poniżej:
Telewizja jest publiczna, czyli nasza. Im ktoś więcej ogląda, tym jest bardziej jego. Utożsamia się i poczuwa oraz identyfikuje. Z rewelacyjnym serialem „Dom nad rozlewiskiem” na przykład. Siedzi więc jakaś grupa ziomków moich przed telewizorem i ogląda. Najbardziej zorientowany tłumaczy reszcie, o co chodzi. Następuje zwrot akcji, czyli Joanna Brodzik wychodzi z domu i idzie. Wszyscy zastygają: gdzie doj...