Gruby siedział w fotelu. Pilot leżał koło niego. Gazeta też. Myśli Grubego krążyły wokół jego przyszłości. Grubemu przez chwilę mignął w mózgu refren piosenki Beatlesów „When I’m sixty four”, ale natychmiast wrodzony pragmatyzm Grubego ją wykasował. Skoro z trudem przypominał sobie, co następuje po do, re, mi, perspektywa grania koncertów przed siedemdziesiątką, za trzy miliony dolarów, niczym Paul McCartney, była mało prawdopodobna. Poza tym, jak na razie w Polsce trzeba mieć sześćdziesiąt pięć lat, by na emeryturkę mieć szansę. Gruby sobie rozmyślał, a do drzwi ktoś pukał.
- Kto tam? – zapytał Gruby.
- Inspektor Janeczko. Zakład Ubezpieczeń Społecznych – powiedział inspektor Janeczko.
- Boże, co za cholera w piątek po południu, znowu ZUS? – warknął Gruby.
- Pan otworzy, ja też pracuję na emeryturę – powiedział miękko inspektor.
- Czegóż to szacowna instytucja ode mnie chce? – otworzył drzwi Gruby.
- Porozmawiać o reformie świadczeń emerytalnych. Ankietę statystyczną mam, kilka pytań. Kto wie, może od tych pytań zależy pańska emerytura? – zakończył znakiem zapytania Janeczko.
- Matko, pan wchodzi. Herbatka czy zimne puszczańskie? – gość w dom i tak dalej.
- Puszczańskie, jeśli pan pozwoli, marka niedoceniana, ale świetna – jednym zdaniem Janeczko zjednał Grubego.
- Czy oprócz pierwszego i drugiego filaru myśli pan o innych formach kapitału emerytalnego? &nd...